Do Ułan Bator, stolicy Mongolii, zawitaliśmy drugiego lipca o 7 rano i jednocześnie skończyliśmy naszą przygodę z Koleją Transsyberyjską. Miasto nie wydaje się duże, jednak ma zupełnie inny klimat niż te, które do tej pory odwiedziliśmy. Na pierwszy rzut oka Ułan Bator wygląda po prostu jak duża wioska.

Na stacji kolejowej pełno jest sprzedawców wycieczek. Zostaliśmy zasypani ulotkami. Wszystko trwało może z pięć minut, w czasie kiedy próbowaliśmy pożegnać się z nowo poznanymi znajomymi z pociągu. W całym tym rozgardiaszu udało nam się nawet znaleźć transport do naszego hostelu z dwoma dziewczynami – hostel wysłał po nas wszystkich samochód. Przed przyjazdem do Ułan Bator mieliśmy wrażenie, że praktycznie wszyscy organizuja wyprawy dookoła Mongolii i w sumie niewiele się pomyliliśmy. Każdy hostel ma bogatą ofertę wycieczek, bez trudu można znaleźć prywatnego przewodnika (poznany w pociagu Sunzhi zaproponował nam swojego wuja jako doświadczonego pilota wycieczek). Nic dziwnego, jest to po prostu dobry interes. Minimalna pensja wynosi około 100$ miesięcznie, średnie zarobki w Ułan Bator wahają się w granicach od 300$ do 400$ miesięcznie, a najtańsze wycieczki kosztują 50$ za dzień za osobę (przy co najmniej 5 osobach)!

Przed przyjazdem do Mongolii zrobiliśmy mały rekonesans i dowiedzieliśmy się, że najlepszą opcją jest znalezienie wycieczki na miejscu (niestety ze względu na brak czasu nie mogliśmy sobie pozwolić na zorganizowanie wycieczki na własną rękę – przy takiej opcji trzeba jednak pamiętać, że w niektórych rejonach niezbędne jest wynajęcie lokalnego przewodnika oraz doświadczonego kierowcy). Koszty wyprawy zarezerwowanej przez internet są co najmniej dwukrotnie droższe… Im więcej chętnych, tym cena za osobę jest niższa. Samochód może pomieścić maksymalnie sześciu turystów. W Ułan Bator spędziliśmy niemalże cały dzień na poszukiwaniu upragnionej wyprawy dookooła Gobi, jednak ostateczną decyzję podjęliśmy późnym wieczorem po powrocie do naszego hostelu. Właściciel Danisty poinformował nas, że Cornelia i Claudia, z ktrórymi przyjechaliśmy rano pociagiem, zgodziły się na podróż z nami, co diametralnie obniży nasze wydatki (kosztowało nas to 60$ za dzień za osobę) oraz jak się później okazało, zyskaliśmy fantastycznych kompanów podróży. Mieliśmy sporo szczęścia z wyborem hostelu, ponieważ właściciel Danisty okazał się niezwykle pomocny zarówno przy organizowaniu wycieczki jak i zapewnieniem nam noclegu po powrocie z Gobi pomimo braku rezerwacji i niemalże braku miejsca ze względu na rozpoczynajacy się w tym czasie festiwal Naadam. Parokrotnie zmienialiśmy plany i nie było z tym żadnego problemu.

Widok ze wzgórza Zaisan

Pomiędzy goraczkowym poszukiwaniem wyprawy, udało nam się również poczuć klimat Ułan Bator. Centrum miasta nie jest rozległe i można je spokojnie zwiedzić na piechotę. Miasto jest dosyć interesujace. Jego centrum stanowi plac Sukhbataar (plac Czynghis Khana) z przylegajacym do niego budynkiem Parlamentu oraz ogromnym pomnikiem Czynghis Khana. W całej Mongolii, nawet w mniejszych miastach, można znaleźć ogromne, często przeskalowane pomniki najczęściej koni, instrumentu morin khuur oraz oczywiście Czynghis Khana, który jest najważniejszą postacią w mongolskiej historii a jego duch jest wciąż żywy w świadomości mieszkańców. Mongolczycy są niesamowicie dumni ze swojego przodka a takie uwielbienie dla osoby, która żyła ponad 800 lat temu, mimo wszystko robi spore wrażenie.

Zmiana warty na placu Sukhbataar

Centrum miasta wokół placu Sukhbataar wydaje się najbardziej uporzadkowane i poukładane. W sylwecie miasta pojawiaja się gdzieniegdzie wieżowce, a pomiędzy nimi można znaleźć na przykład wciśniętą starą światynię buddyjska. Jednak gdy się skręci w mniej uczęszczane uliczki, panuje tam rozgardiasz, gdzieniegdzie ulice sa wciąż ulicami ziemnymi, niektóre budynki zdają się być jako tymczasowe, tylko na chwilę. Obok murowanych domów często stoją jurty. Posesje często ogrodzone sa litym parkanem, często wykonanym z czegokolwiek. Jednak miasto ulega sporym przeobrażeniom a część jawi się jako plac budowy. Sunzhi, z którym spędziliśmy popołudnie, studiuje w St. Petersburgu i powiedział, że za każdym razem gdy wraca do Ułan Bator, to nie poznaje miasta, ponieważ zmienia się ono tak szybko.

Ulice Ulan Batar

Co ciekawe, niektóre fragmenty miasta zdają się być bliźniaczymi siostrami naszych polskich blokowisk, a to wszystko dzięki rosyjskim wpływom. W Mongolii pojawienie się rosyjskich komunistycznych rządów widziane jest jako bohaterski akt zapewniajacy niepodległość oraz rozwój kraju. Dziś możemy spotkać gdzieniegdzie szare bloki z wielkiej płyty, pomniki wychwalajace rosyjskich bohaterów oraz podkreślające trwajacą do dziś przyjaźń rosyjsko-mongolska.

Mongolczycy patrzą również na zachód, czerpią stamtąd inspirację, jednak ich nomadyczne dusze nie zawsze pozwalaja na całkowicie osiadły tryb życia. Nawet mieszkańcy stolicy regularnie odwiedzają niekończące się przestrzenie stepów. Wielu Mongolczyków poza stolicą wciąż żyje w jurtach porozrzucanych po całym kraju, jest silnie zwiazana z tradycjami oraz nomadycznym stylem życia. Pomimo iż część ludzi posiada mieszkania lub domy w miastach, większość z nich sporą część roku spędza na stepach.

Osiadły tryb życia w częściowo zwesternizowanym Ułan Bator przeplata się z nomadycznym trybem życia, co tworzy, jak dla nas, intresujacy obraz miasta.

WYPRAWA NA GOBI

DZIEŃ I

Podekscytowani rozpoczynamy naszą małą-wielką podróż po pustyni Gobi i Centralnej Mongolii. O 9 rano nasza drużyna spotyka się przed hostelem. Razem z dwoma Niemkami – Cornelią i Claudią – oraz przewodnikiem Barsboldem i kierowcą Baynaą wyruszamy w podróż. Nasz pojazd to niezłomny rosyjski van, najbardziej ukochany przez mongolskich organizatorów wycieczek. Jednak mija trochę czasu zanim opuszczamy miasto, najpierw nasi opiekunowie robią zapasy w lokalnym markecie, a następnie odwiedzamy stację benzynową. Łącznie ze wszystkim schodzi nam się chyba ze dwie godziny. Pośpiech nie będzie nam zbytnio towarzyszył podczas tej podróży.

Nasz niezniszczalny rosujski van

Poczatkowo mkniemy asfaltową drogą. W środku samochodu jest miejsce dla sześciu turystów, więc nasza czwórka czuje się w komfortowo, mamy trochę miejsca na nogi, swoje mniejsze bagaże i zapasy wody. Przy większej ilości osób nie byłoby już tak wygodnie. Ledwo wjeżdżamy na otwarte przestrzenie, a nasz kierowca zjeżdża z drogi i parkuje przy jeepie z innymi turystami (dwoma Szwajcarkami). Pora na lunch. Później okazuje się, że kierowcy dobrze się znają i aż do samego Kharkhorun będziemy za nimi podążać (kierowca jeepa pracuje  na tej trasie już od 10 lat i zna na niej niemalże każdy kamień).

Pierwszy przystanek i stado półdzikich pasących się koni

Podczas gdy Barsbold gotuje, my zwiedzamy stepy, które wcale nie sa takie puste – jest szamański postument i pełno półdzikich koni dookoła, stada krów i owiec oraz ten niesamowity ogrom nieba ciągnacy się po horyzont. Cieszymy się jak dzieci i biegamy po tych stepach radośnie. Na lunch jemy zupę z baraniną i makaronem. Dla Mongolczyków posiłek bez mięsa nie jest w pełni posiłkiem, a lunch powinien być zawsze ciepły.

Nasz pustynna ekipa

Wracamy na trasę i zjeżdżamy z komfortowej asfaltowej drogi, jednak ta ziemna wcale nie jest taka złą. Wieczorem docieramy do masywów skalnych Baga Gazriin Chuluu, które wygladaja piękne w wieczornym świetle. Pomiędzy nimi znajdują się szczątki buddyjskiej pustelni, którą kiedyś zamieszkiwało dwóch mnichów ora zmieści się tu (nie wiadomo skąd) małe źródełko, z którego woda ma pomoc w przywróceniu wzroku (niestety na mnie nie zadziałało…). Mało kto, oprócz kierowcy Bajnaa, jest skory do wypicia tej wody.

Baga Gazriin Chuluu

Po tych wszystkich atrakcjach docieramy do naszego pierwszego obozu, w którym po raz pierwszy spędzimy noc w jurtach. Większość takich obozów prowadzona jest przez rodzinę, która w okresie letnim mieszka w obozowisku na pustyni i zajmuje się głównie wypasem zwierząt. Jurty są przyjemne do mieszkania, w razie przegrzania można podwinąć dolną część w dowolnym miejscu i w ten sposób zapewnić cyrkulację powietrza, natomiast w nocy jest w niej ciepło, co jest bardzo przydatne przy sporym spadku temperatury. Również ‚świetlik’ umieszczony u szczytu namiotu może być otwierany lub częściowo przysłaniany i pełni jednocześnie funkcję komina. W jurtach, zwanych przez Mongolczyków ger, znajdują się niezbędne przyrządy, meble oraz łóżka. Niemalże w każdym napotkanym obozie na pustyni przy ger należacym do rodziny znajdowały się panele słonczne, z których energia była głównie wykorzystywana na potrzeby rodziny, a w niektórych były nawet telewizory : ). Jednak turyści najczęściej mogli zadowolić się świecami lub blaskiem księżyca. W ger nie ma toalety, ale za to jest wychodek z dziurą w ziemi (a czasem nawet pięknym widokiem) oddalonym trochę od jurt. Jak się poszczęści, to można nawet znaleźć przenośną umywalkę!

DZIEŃ II

Po śniadaniu (chleb z dżemem, masą kakaową i kruchymi ciasteczkami, które podobno Mongolczycy bardzo lubią) wyruszamy w dalszą drogę. Naszym następnym przystankiem jest miasteczko Mandalgovi, w którym odwiedzamy wzniesienie z przeskalowaną rzeźbą instrumentu morin khuur oraz posągiem konia. Jednak mimo wszystko największe wrażenie robi na nas widok z góry na panoramę miasta, które nie jest jakoś szczególnie piękne, jednak jego wyjatkowowść tkwi po prostu w jego położeniu, ponieważ znajduje się ono dosłownie pośrodku pustyni.

Mandalgovi

Najważniejszym celem tej wizyty jest oczywiście market, na którym uzupełniamy zapasy mięsa. Mandalgovi jest również rodzinnym miastem naszego kierowcy, więc nie dziwi fakt, że spotykamy na naszej drodze pełno jego znajomych oraz krewnych (na przykład podwozimy jego bratanka do centrum miasta). Wczoraj Baynaa odwiedził swoją rodzinę na stepach, skąd zabrał sprawunki i przekzał je dalszym krewnym w miasteczku. Śmiejemy się, że ta podróż w połowie przeznaczona jest na handel wymienny – w bagażniku mamy 12 dużych butli z piwem, które po drodze zostaną wymienione na inne gadżety a część po prostu przekazane dalej. Bardzo się cieszymy, że możemy doświadczyć również tę mniej typową stronę Mongolii. Po kolejnej wizycie Baynaa ma dla nas prezent – w termosie czeka na nas tradycyjna herbatka z mlekiem i solą! Uzupełniamyn też zapasy wody do gotowania w okolicznej ‚stacji wodnej’ przy której różwnież znajduje się ktoś znajomy : ) a my przy okazji możemy zwiedzić zakamarki Mandalgovi. Po załatwieniu wszystkich spraw w końcu wracamy na bezkresne pustki Gobi.

„Waterhole” aka „waterfall”, czyli po prostu czerpnia wody

Na drogę co jakiś czas leniwie wychodzą zwierzęta. Baynaa rzadko kiedy zatrzymuje się przed kozami i owcami, na które po prostu wariacko trąbi i tylko trochę zwalnia. One zazwyczaj uciekają w popłochu i wrzasku. Gdy na drogę wychodzą konie czy nawet krowy – niemalże zawsze się zatrzymujemy i czekamy aż zwierzęta spokojnie przejdą. Dzikie konie pasące się swobodnie na mongolskich stepach wygladaja po prostu niesamowicie – zachwycałam się nimi za każdym razem! Jednak teraz na naszej drodze stanęły wielbłądy. Gdy Baynaa zobaczył naszą reakcję i aparaty w dłoniach, postanowił się zatrzymać. W końcu nie widuje się codziennie wielbładów swobodnie kroczacych po pustyni (chyba że w Mongolii…).
Późnym popołudniem docieramy do Białej Stupy – Tsagaan Suvarga, która poczatkowo nie robi na nas większego wrażenia. Jednak gdy zbliżamy się do krawędzi, widok jest niesamowity. Stoimy nad pozostałością ‚brzegu’ po prehistorycznym morzu oraz masą kolorowej gliny wyrzeźbionej częściowo przez wiatr. Pierwszy raz latamy dronem w Mongolii. Po raz kolejny Gobi zaskoczyła nas pięknem krajobrazu.

Tsagaan Suvarga

Wieczorem żegnamy dzień pięknym zachodem słońca przy naszych ger, partyjką Uno oraz rozmowach o wszystkim i o niczym z nowo poznanymi Francuzami na szczycie kontenera (skąd on się wziął na środku pustyni, to nie mam pojęcia). Zasypiamy przy beczeniu wielbładów.

DZIEŃ III

Dziś zbieramy się szybko z obozowiska. Zagłębiamy się coraz bardziej w głąb Gobi. Od dzisiaj poruszamy się po terenach, które nie są zbyt dobrze znane nawet naszemy nieustraszonemu kierowcy, dlatego podążamy za jeepem z dwoma Szwjacarkami. Razem zawsze raźniej. Nie wiemy jak to się dzieje, ale podróżnicy z drugiego zaprzyjaźnionego samochodu najczęściej muszą na nas czekać, ponieważ jakimś cudem zawsze schodzi nam się trochę dłużej z pakowaniem. Robimy obowiązkowy przystanek w mieście Dalanzagdad, jednak zaraz po wizycie w markecie gubimy naszych towarzyszy i szukamy drogi na własną rękę. Po odwiedzeniu paru ślepych zaułków udaje nam się wrócić na szlak. Zawsze, gdy gubimy drogę, to mamy przy tym sporo zabawy.

Dalanzagdad

Gdy wracamy na właściwą trasę, prezentują przed nami swoje piękno Three Beauties Mountines. Zmierzamy w ich kierunku i mamy lunch na polanie z ich szczytami w tle. Pogoda szybko zaczyna się zmieniać i podczas posiłku łapie nas burza. Przyroda wygląda wspaniale. Nasz obóz, w którym zatrzymamy się tej nocy, jest zaraz u stóp Yol Valley. Dolina jest niesamowita! Czujemy się, jakbyśmy się przenieśli w okolice Alp, dookoła nas wzgórza pokryte soczystą zielenią, skalne szczyty, po których biegają kozice, rzeka z lodowatą wodą, gdzieniegdzie jeszcze leży lód. Jest pięknie, świeżo, powietrze pachnie jeszcze deszczem. Pełno jest tu biegających mongolskich myszoskoczków, niektóre nawet ze sobą walczą! Powoli zbliża się wieczór, słońce pięknie oświetla szczyty. Po raz kolejny pustynia pokazała nam swoje kolejne oblicze.

Yol Valley

DZIEŃ IV

Baynaa nerwowo krząta się od samego rana, sprawdza samochód i pogania nas lekko. Tradycyjnie podążamy za zaprzyajźnionym jipem. Wszystko idzie gładko do momentu aż psuje nam się jedna opona, ale jeszcze nie pęka! Za parę kilometrów mieliśmy zrobić zapasy w pobliskiej wiosce, jednak opony wciaż nie wymieniamy, co kończy się jej kompletnym rozerwaniem na środku pustyni. Dziś mamy dotrzeć do piaszczystych wydm Sandy Dunes, które położone są pośrodku pustyni. Dookoła nie ma ger, żadnych zwierząt, nie ma nic oprócz piachu, niskich krzaków i owadów. Jest za to pęknięta opona. Nie jest to problem dla naszego dzielnego kierowcy, który w trymiga zabiera się do pracy, jednak jest mała komplikacja, ponieważ opona nie do końca pasuje. Samochód z inną wycieczką zatrzymuje się, by nam pomóc. Chłopaki decydują się ostatecznie na zamianę opon, przednich na tylnie. My jesteśmy pełni podziwu dla naszego kierowcy, który w tym skwarze nie traci zimnej krwi. W końcu ruszamy dalej! Droga jest dosyć ciężka, po paru godzinach jazdy docieramy na miejsce. W oddali widać piaszczyste wydmy. Obóz jest największym, w jakim dotychczas byliśmy, ma murowane budynki, w których znajduja się stołówka z kuchnia, biuro oraz łazienki z prysznicami!
Tuż przed zachodem słońca wspinamy się na wydmy. Pośrodku tej pustki, tuż u stóp wydm rozpościera się pas soczystej zieleni z wodą i małymi bagienkami, a na tej nieprzyzwoicie surrealistycznej łące pasą się półdzikie konie! Zachód słońca ze szczytów wydm jest po prostu nieziemski.

Sandy Dunes

Po kolacji możemy pierwszy raz wziąć prysznic podczas tej wyprawy. Pomimo że woda nie zawsze leci i praktycznie nie ma światła, to ciągle jest to wspaniałe przeżycie : ) Koło północy właściciele i ich sąsiedzi (którzy wzieli się nie wiadomo skąd) zbierają się przed wielkim telewizorem w stołówce i śpiewają karaoke do rana. Podobno później były nawet tańce i mała bijatyka! Nie wiemy już co jest bardziej nierealne – ta zielona oaza pod wydmami czy mongolskie karaoke pośrodku pustyni.

DZIEŃ V

Przed nami kolejny długi dzień jazdy, prawdopodobnie najdłuższy. Ledwo zdążyliśmy wyjechać z obozu i w komemncie gdy przekraczaliśmy pobliskie góry, przegrzał nam się silnik. Czujny kierowca z jeepa, którego nieustannie próbujemy dogonić, gdy stracił nas z oczu, zawrócił by pomóc koledze. Baynaa zakasał rękawy, wymienił jeden przewód i po około godzinie później znów byliśmy na trasie. Nie ominęła nas kolejna przygoda z oponą, którą po raz kolejny trzeba było wymienić. W międzyczasie gubimy trochę drogę, jedziemy kompletnymi bezdrożami, na których nie było ani jednej żywej duszy, jadnak po jakimś czasie jakimś cudem docieramy do małej wioski i robimy zapasy w markecie.
Zatrzymujemy się przy Bayanzag, zwanych Czerwonymi Klifami. Cały obszar jest popularny nie tylko ze względu na swoje walory krajobrazowe, lecz przede wszystkim z powodu znalezisk archeologicznych. Okolice Bayanzag są słynne z bogactwa prehistorycznych skamieniałości. To tu zostało znalezione pierwsze jajo dinozaura przez paleontologa Roy Chapman Andrews’a.

Bayanzag

Po tych cudnych doznaniach i lunchu z widokiem na Czerwone Skały, wyruszamy w dalszą drogę. Prawdopodobnie jest to dla wszystkich najcięższy dzień podróży. Jedziemy po dosyć mocnych wybojach, jest gorąco i sucho. Tak sucho, że mamy masę piachu wewnątrz samochodu i ledwo możemy oddychać. Ponieważ nasza strzała nie ma klimatyzacji, naszą jedyną formą ochłody są po prostu otwarte okna (które do pory spisywały się świetnie), jednak przy tym kurzu ich zamknięcie pogarsza całą sytuację.
Późnym wieczorem docieramy do pozostałości buddyjskiego kompleksu Ongi, który ukryty jest pośrodku skalnych gór. Tuż pod buddyjską świątynią mieści się ekskluzywny hotel z zapleczem do medytacji. Jest to jedyny ośrodek w okolicy, jednak szalenie drogi. Dziś śpimy w namiotach pod parkingiem tego całego kompleksu : )

Klasztor buddyjski Ongi

DZIEŃ VI

Prawdopodobnie jeden z najbardziej ekscytujacych dni podczas naszej wycieczki. Dziś pożegnaliśmy się ostatecznie z pustynią Gobi i zawitaliśmy na zielone pastwiska, na których kłębiły się owce, kozy i nasze ulubione konie. Tym razem obyło się bez żadnych problemów z samochodem. Wczesnym popłudniem zawitaliśmy do Kharkhorun, byłej stolicy imperium Mongolskiego. Z dawnej stolicy niewiele się zachowało, jedynie kompleks buddyjskiego klasztoru (aktywny) przypomina o wielkości dawnego imperium.

Karakorum

Jednak najważniejszym wydarzeniem tego dnia jest festiwal Naadam! Bardzo chcieliśmy zobaczyć jak ten festiwal jest obchodzony na prowincji i to pragnienie się ziściło.
Naadam jest najważniejszym świętem w Mongolii. Odbywa się on zazwyczaj w lipcu na przestrzen całego kraju, jednak w każdym mieście obchodzony jest on w innym terminie. Rozpoczyna się on huczną ceremonią otwarcia i trwa zazwyczaj przez 2-3 dni. Naadam – określany jako trzy gry mężczyzn – składa się z trzech najważniejszych dla Mongolczyków dyscyplin, czyli zapasów, łucznictwa i wyścigów konnych. Kobiety i dziewczęta biorą udział w dwóch kategoriach – wyścigach konnych i łucznictwie. Naadam ma atmosferę jarmarku i festynu jednocześnie, uczestniczą w nim wszyscy. Jest to idealne miejsce na pokazanie się, spotkanie się ze znajomymi, wszyscy pięknie wystrojeni (Barsbold powiedział nam, że czasami ludzie wymieniaja samochody z okazji festiwalu), przechadzają się wokół głównej areny lub jeżdżą wokół niej konno. Największe wrażenie robia kilkuletni chłopcy przejeżdżający się dumnie na koniach, czasem ścigający się między sobą. Nie możemy się napatrzeć na to wszystko i chłoniemy tę niesamowitą atmosferę. Czasem przysiadamy gdzieś z boku i po prostu przyglądamy się ludziom. Udaje nam się obejrzeć fragment zapasów. Atmosfera jest tu bardzo luźna, nikomu się nie spieszy, wszystko jest rozciagnięte w czasie, dzieci biegaja przez środek areny, na którą tak naprawdę może wejść każdy. Udaje nam się spróbować tradycyjnych specjałów – khuushuur (podobny to tureckiego Çiğ börek, placek z nadzieniem w środku, smażony na głębokim oleju) oraz kumis (alkohol powstający ze sfermentowanego mleka, smakuje trochę jak nasze zsiadłe mleko). Jesteśmy zachwyceni nastrojem tego wszystkiego i ogromnie szczęśliwi, że udało nam się zobaczyć Naadam na prowincji.

Uczestnicy festiwalu Naadam

Jakby tego było mało, nasze ger wyposażone sa w prysznice oraz, uwaga, jest internet. Wieczorem jest mały koncert tradycyjnej muzyki mongolskiej ze śpiewem gardłowym. Tyle radości i pozytywnych zdarzeń w ciągu jednego dnia kompletnie się nie spodziewaliśmy!

Naadam w Karakorum

DZIEŃ VII

Nasza podróż niestety powoli dobiega końca. Leniwie opuszczamy Kharkhorun. Po drodze odwiedzamy muzeum Bilge Khana, w którym znajdują się oryginalne inskrypcje w starodawnym języku tureckim, na których widnieje pierwsza pisemna wzmianka o Turkach. W muzem nie ma zbyt wielu eksponatów, jednak wizyta sama w sobie jest interesującym doświadczeniem. W środku jest pełno Turków i biegających dzieciaków, do muzeum prowadzi gładziutka asfaltowa droga wybudowana przez turecki rząd.

W drodze do muzeum Bilge Khana

Wczesnym popołudniem docieramy do jeziora Ugii, które jest niezwykle malownicze. Tutaj udaje nam się pojeździć na mongolskich koniach. Oboje z Onurem nie mamy zbyt wielkiego doświadczenia, jednak udaje nam się galopować parę razy po raz pierwszy w życiu! Cieszymy się jak dzieci, jest po prostu pięknie.

Jezioro Ugii

DZIEŃ VIII

Wracamy do Ulan Batar. Mkniemy jak strzała, podróż idzie nam niezwykle gładko i chyba zbyt często to powtarzamy. Mongolczycy nie chcą podawać dokładnego czasu trwania podróży, ponieważ uważają, że przynosi to pecha. Barsbold najczęsciej odpowiadał nam, że podróż będzie długa, bardzo długa albo niezwykle długa. No i wykrakaliśmy. Gdy tylko zjechaliśmy z głównej drogi, by odwiedzić ostatni punkt naszego programu – Narodowy Park Hustai – wjeżdżamy w zakopany pręt na piaszczystej drodze. Opona całkowicie rozerwana. Znów mamy mały problem z dopasowaniem opony zapasowej, chłopaki męczą się trochę. Nasz kierowca potrafi naprawić chyba wszystko i ostatecznie jesteśmy w drodze.
Hustai jest ogromnym parkiem i słynie przede wszystkim z tego, że współcześnie żyje tu na wolnościjedyny gatunek dzikiego konia Takhi (Koń Przewalskiego). Udało nam się zobaczyć tylko niewielki fragment parku, a w tym nawet te słynne konie Takhi przez lornetkę!
Przez osiem dni byliśmy praktycznie odcięci od cywilizacji i właściwie niczego nam nie brakowało. Ulan Batar wita nas dosyć sporym korkiem. Następnego dnia rozpoczynają się wakacje z okazji obchodów festiwalu Naadam.

40-metrowy Czyngis Khan

Naadam Festiwal

W stolicy odbywają się główne obchody festiwalu i są one celebrowane najhuczniej. Na prowincji oraz w mniejszych miastach Naadam różni się przede wszystkim atmosferą od tego w stolicy. Nam udało się doświadczyć obu i bardziej podobała nam się wersja na prowincji, przede wszystkim dlatego, że mogliśmy podziwiać to bardziej tradycyjne oblicze festiwalu. W całym kraju Naadam odbywa się na przestrzeni 2 tygodni, a jego finały rozgrywają się w Ulan Batar. Naadam na prowincji jest oczywiście zdecydowanie mniejszy ale dzięki temu można z bliska oglądać wszystkie konkurencje.
Z okazji festiwalu większość sklepów, banków i innych obiektów jest zamknięta. Na prowincji wszyscy odwiedzają Naadam, a w stolicy od paru lat stały się popularne małe wypady za miasto oraz rodzinne pikniki na łonie natury w tym czasie. W Ulan Batar zawody poprzedzone są uroczystą ceremonią otwarcia, która trwa około 2 godzin, którą rozpoczyna oficjalnie prezydent kraju. My szwędaliśmy się wokół głównego stadionu, wokół którego rozstawione były stragany i podziwialiśmy ludzi dookoła. Część osób miała tradycyjne mongolskie stroje, wszyscy byli wystrojeni i dumni. Wyglądali po prostu pięknie. Jednak w przeciwieństwie do prowincji, nikt tu nie jeździł na koniu.
Ceremonię otwarcia postanowiliśmy obejrzeć na telebimie przy stadionie. Po uroczystym wprowadzeniu rozpoczęło się łucznictwo oraz zapasy na mniejszych stadionach obok. Atmosfera pomiędzy zawodnikami była dosyć zrelaksowana, powolna, nikt się nie stresował albo zawodnicy nie dawali po sobie poznać żadnego zdenerwowania (nawet dzıeciaki, które rywalizowały pierwsze). Wstęp na trybuny jest bezpłatny, jednak za wstęp na ceremonię otwarcia trzeba już zapłacić (ceny wahają się od 25-100$ za osobę…). Oprócz trzech głównych konkurencji, Mongolczycy uwielbiają grę w kości (mongolian knuckle-bone shooting). W oddzielnym namiocie masa mężczyzn zmagała się z tą grą, nawet nowo wybrany prezydent pojawił się na chwilę by rozegrać jedną partyjkę!

Gorkhi Terelj, Turtle Rock

Poniżej znajduje się galeria z naszymi zdjęciami z Mongolii. Zapraszamy! : )

Co można zjeść i wypić w Mongolii?

  • Buuz to mongolskie pierożki przyrządzane na parze.
  • Khuushuur pieróg nadziewany najczęściej mięsem z przyprawami i smażony na głębokim oleju, dokładnie takie samo danie można spotkać w Rosji czy Turcji, gdzie znane są jako czeburek.
  • Tsuivan mongolska zupa z makaronem, baraniną i warzywami.
  • Qurut / Aaruul to mongolski przysmak przyrządzany z siadłego mleka.
  • Guriltai Shol mongolska zupa podobna do tsuivan, serwowana z ryżem bądź makaronem.
  • Horhog to mongolska wersja grilla, gdzie mięso (najczęściej baraninę) przyrządza się na rozżarzonych kamieniach.
  • Boodog to danie przyrządzane za pomocą gorących kamieni, które tym razem wkłada się do żołądka zwierzęcia i mieso „jest gotowane” bezpośrednio w skórze zwierzęcia.
  • Suutei Tsai mongolska herbata z mlekiem i solą.
  • Bantan zupa przyrządzana z mąki i mięsa, podobno bardzo dobra na kaca.
  • Airag / Kımız to mongolski alkohol przyrządzany z końskiego mleka, w smaku przypomina polskie zsiadłe mleko : )

GALERIA

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here